Cześć,
w urlopowe wolne zrobiłam sobie podróż do czterech stoli Europy: Budapesztu, Bratysławy, Wiednia i Pragi. Chciałabym się podzielić wrażeniami ;)
Dzień 1:
Wyjechaliśmy z Kielc, zatankowaliśmy auto w Nowym Sączu do pełna, zjedliśmy obiad w knajpce Rytro na trasie – kosztował nas 48 zł (2x schabowy, zestaw surówek, frytki + kawa). Granicę przekroczyliśmy w Piwnicznej, tam też kupiliśmy piwko (jeden Kelt wychodzi za 2.68 zł). Po drodze mieliśmy zaplanowanych kilka zamków. Pierwszym z nich był położony w Strazky – trzeba było się wysilić, żeby go zobaczyć jadąc. Jest to jeden z mniejszych zamków na Słowacji, może właśnie dlatego wrażenia na nas nie zrobił.
Kolejnym punktem wycieczki był zamek w Spisskie Podhradie - miejscowość zaniedbana, w większości zamieszkana przez cyganów lub jakichś takich niezbyt przyjaźnie wyglądających typów, ale nie o tym miało być. Zamek – wieeeeelki, widać go już z daleka. Po prostu cudo.
Później udaliśmy się do Levoczy do ichniejszej Częstochowy, czyli miejsca pielgrzymów Słowaków. Jest to przyjemne miasteczko, a widok na nie z góry - piękny. Ciekawostka - siostra zakonna bezproblemowo posługiwała się językiem polskim.
Stamtąd udaliśmy się do Markusovce, gdzie wzbudzaliśmy niejako sensację jeżdżąc po „dziwnej” drodze naszym pięknym samochodem (dziwna, bo miała kilometrowe dziury), ale opłacało się – w centrum miasteczka stał całkiem ładny zamek, a na jego obrzeżach jakiś zaniedbały pałacyk - w tym samym stylu – rokoko (o ile się nie mylę). Śmiać nam się chciało, gdy jadąc minęliśmy po drodze stare Audi 80, które atrapę chłodnicy miało jak najnowszy model od tego producenta – samochód nadawał się do programu „Operacja tuning” jak nic.
Udaliśmy się do Michalovce – zamierzeniem naszym było przespanie się w restauracji Maja, aczkolwiek dostanie się tam graniczyło z cudem. Po drodze minęliśmy trzy czołgi – dla miłośników „Czterech pancernych i psa” zrobienie sobie z nimi zdjęcia to całkiem fajna pamiątka. Ale wróćmy do sedna - po wielu trudach poszukiwania restauracji Maja stwierdziliśmy, że jedziemy dalej, bo inne hotele były strasznie drogie (jeden 4-gwiazdkowy - babeczka chciała 50 euro „Slonecny dwor”, gościu z pensjonatu trochę dalej „Hviezda” 2-gwiazdkowy - 30 euro) i szukamy noclegu w ciemno po drodze do Tokaju. W końcu znaleźliśmy: Hotel Sport (coś jak akademik) - nocleg - 7 euro/osoba w Trebisov - pokoik bez łazienki, ale z umywalką. Za pokój z łazienką chcieli 10 euro, ale ograniczaliśmy koszty do minimum. Dostęp do prysznica był, ciepła woda też, także nie było źle.
p.s. jechaliśmy przez ciekawe miejscowości o nazwie: Svinia i Jamnic
p.s.2 - paliwo na Słowacji kosztuje 1.15 euro.
Jeżeli zainteresowały Cię moje wspomnienia, to opis pozostałych sześciu dni znajdziesz
na moim blogu ;)